Dużo ludzi mówi o sobie, że są nienormalni, prawda jest taka, że co niektórzy to sobie w końcu wmówią i tak im zostanie. ;) Nie jestem do końca pewien, czy ze mną było podobnie, ale co najmniej od gimnazjum byłem uważany, za nieco dziwnego. Sama choroba zaczęła się nieco przed moimi 18 urodzinami, nadal zachodzę w głowę, czy alkohol z niepewnego źródła nie był zapalnikiem. Niestety po tym jak trafiłem pod opiekę specjalistów, już po osiągnięciu dorosłości, nie zostałem zbadany na obecność narkotyków. Mój lekarz prowadzący nadal zarzuca sobie ten błąd, bo można by jeszcze wtedy z wielkim prawdopodobieństwem odrzucić (bądź nie) ten czynnik. Zwłaszcza, ze nigdy wcześniej lub później nie zażywałbym narkotyków.
Ale co się tak naprawdę działo?
Takich przeżyć wewnętrznych nie życzyłbym nawet mojemu katowi.
Zaczęło się od problemów z zasypianiem i łaknieniem. Od masy pomysłów, które zaczęły napływać do mojego rozżarzonego do białości umysłu. Dotyczyły wielu spraw, głównie szeroko pojętej twórczości. Pochodziły z licznych skojarzeń z przedmiotami, wydarzeniami i przeszłymi myślami. Nachodziły mnie głównie wieczorem i wczesną nocą. Nierzadko, zanim zdołałem zasnąć ze spokojną głową, musiałem wyrzucić wszystko na papier. Czasem nawet i to nie pomagało, więc zostawałem z moimi myślami sam na sam, całą noc. Myślałem coraz szybciej, coraz intensywniej, coraz bardziej chaotycznie, w końcu nawet gdybym miał cztery prawe ręce nie mógłby wszystkiego przelać na papier. Rozproszyłem się, rozważałem jednocześnie o życiowych procesach decyzyjnych wirusów, fabule paru książek przygodowych, majsterkowaniu, rozwoju fizycznym, i eksperymentach naukowo-artystycznych. Zamęczałem się, a raczej mój mózg mnie zamęczał. Później położyłem silniejszą nadzieję w Bogu, zacząłem z nim rozmawiać, samotnie również na głos. Następnie zacząłem odczuwać na sobie wzrok zła, czasem aż materialnie.
W tym momencie, po pierwszych kontaktach z lekarzem dostałem środek, który miał mnie zatrzymać w tym wszystkim. Niestety podziałał głównie fizycznie. W dziesięć dni stałem się burzą w szklance wody, warzywem, które potrafiło wyrażać swoje emocje jedynie za pomocą ograniczonej mowy ciała i nieartykułowanych dźwięków. >...<
W końcu stało się.
Gwiazda, spalająca z ogromną szybkością wodór w końcu osiągnęła tak dużą masę, że zapadła się pod własnym ciężarem. Po paru godzinach leżenia na dywanie w pozycji embrionalnej, twarzą do ziemi, wypłakiwaniu swojej walki z myślami, duchami i Bóg wie czym jeszcze, cały świat zmniejszył mi się do rozmiaru neutrina i...
wywinął się na drugą stronę. O_O
W ułamku sekundy poczułem się wolny niczym wiatr, świeży jak woda, czysty jak ogień i młody jak ziemia wiosną. Wszystko dotychczasowe się skończyło, a reszta zaczęła się od nowa.
Tak rozpoczął się nowy okres w moim życiu - stawanie twarzą w twarz z psychozą :)
Ale co się tak naprawdę działo?
Takich przeżyć wewnętrznych nie życzyłbym nawet mojemu katowi.
Zaczęło się od problemów z zasypianiem i łaknieniem. Od masy pomysłów, które zaczęły napływać do mojego rozżarzonego do białości umysłu. Dotyczyły wielu spraw, głównie szeroko pojętej twórczości. Pochodziły z licznych skojarzeń z przedmiotami, wydarzeniami i przeszłymi myślami. Nachodziły mnie głównie wieczorem i wczesną nocą. Nierzadko, zanim zdołałem zasnąć ze spokojną głową, musiałem wyrzucić wszystko na papier. Czasem nawet i to nie pomagało, więc zostawałem z moimi myślami sam na sam, całą noc. Myślałem coraz szybciej, coraz intensywniej, coraz bardziej chaotycznie, w końcu nawet gdybym miał cztery prawe ręce nie mógłby wszystkiego przelać na papier. Rozproszyłem się, rozważałem jednocześnie o życiowych procesach decyzyjnych wirusów, fabule paru książek przygodowych, majsterkowaniu, rozwoju fizycznym, i eksperymentach naukowo-artystycznych. Zamęczałem się, a raczej mój mózg mnie zamęczał. Później położyłem silniejszą nadzieję w Bogu, zacząłem z nim rozmawiać, samotnie również na głos. Następnie zacząłem odczuwać na sobie wzrok zła, czasem aż materialnie.
W tym momencie, po pierwszych kontaktach z lekarzem dostałem środek, który miał mnie zatrzymać w tym wszystkim. Niestety podziałał głównie fizycznie. W dziesięć dni stałem się burzą w szklance wody, warzywem, które potrafiło wyrażać swoje emocje jedynie za pomocą ograniczonej mowy ciała i nieartykułowanych dźwięków. >...<
W końcu stało się.
Gwiazda, spalająca z ogromną szybkością wodór w końcu osiągnęła tak dużą masę, że zapadła się pod własnym ciężarem. Po paru godzinach leżenia na dywanie w pozycji embrionalnej, twarzą do ziemi, wypłakiwaniu swojej walki z myślami, duchami i Bóg wie czym jeszcze, cały świat zmniejszył mi się do rozmiaru neutrina i...
wywinął się na drugą stronę. O_O
W ułamku sekundy poczułem się wolny niczym wiatr, świeży jak woda, czysty jak ogień i młody jak ziemia wiosną. Wszystko dotychczasowe się skończyło, a reszta zaczęła się od nowa.
Tak rozpoczął się nowy okres w moim życiu - stawanie twarzą w twarz z psychozą :)



